logo

Wywiad z Massimiliano Signifredi, jednym z liderów wspólnoty Sant’Egidio, powstałej w 1968 roku i działającej w kilkudziesięciu krajach na całym świecie. Jest inicjatorem projektu korytarzy humanitarnych, który realizowany jest we Włoszech i Francji. Cały wywiad TUTAJ

dav

Fragmenty wywiadu:

W ciągu roku od uruchomienia korytarza humanitarnego przetransportowaliście do Włoch ok. 700 potrzebujących pomocy uchodźców. A macie przywieźć jeszcze 300 osób. Dlaczego zaangażowaliście się w ten projekt?

Massimiliano Signifredi ze Wspólnoty Sant’Egido w Rzymie: Nasza wspólnota powstała prawie pół wieku temu. Od początku łączy modlitwę, służbę ubogim i pokój. W latach 80. otworzyliśmy we Włoszech szkołę dla cudzoziemców. Wśród pierwszych uczniów było bardzo wielu imigrantów z Polski i o tym warto pamiętać. Dziś ta szkoła ma 10 tys. uczniów, którzy uczą się za darmo. Jednak w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać czy to wystarczy, kiedy ludzie umierają w Morzu Śródziemnym. Inspiracja przyszła od papieża Franciszka, który w pierwszą podróż poza Rzym wybrał się na Lampedusę Byliśmy tam obecni od jakiegoś czasu, będąc świadkami ogromnego cierpienia ludzi. Na Lampedusie papież jasno powiedział, że jako chrześcijanie nie możemy być obojętni wobec dramatu uchodźców. To był dla sygnał, że to co robimy do tej pory nie wystarczy, że trzeba robić coś dla tych, którzy są zmuszeni do podróży śmierci przez Morze Śródziemne. Stąd pomysł otwarcia korytarzy humanitarnych.

 Trudno wam było przekonać włoski rząd do tego pomysłu?

Szczerze mówiąc, rząd nie miał na to ochoty. Włochy są na granicy Europy i są dla ludzi uciekających przed wojną swego rodzaju ziemią obiecaną. Nasz kraj przyjął w ostatnich latach kilka tysięcy osób, które przybyły tu nielegalnie. Stąd była pewna niechęć zwłaszcza, że wśród tych ludzi było wielu tzw. migrantów zarobkowych. Ale ogromną ich część stanowią autentyczni uchodźcy uciekający przede wszystkim przed wojną. Oni płacą tysiące dolarów, zapożyczając się lub sprzedając majątek życia całych rodzin, by w koszmarnych warunkach, urągających godności człowieka, przypłynąć do Europy i zacząć w niej nowe życie. Wielu ginie, w zeszłym roku utonęło 5 tys. osób. My chcieliśmy pokazać, że prawdziwi uchodźcy mogą do nas przyjechać bez potrzeby narażania życia. I przekonywaliśmy do tego nasz rząd przez ponad rok.

Jak ostatecznie udało się przekonać rządzących?

 Rząd dostrzegł potencjał tego projektu i zrozumiał, że tylko przez korytarz humanitarny prawdziwi uchodźcy mogą wydostać się z piekła w sposób legalny i bezpieczny. Doszło do konsensusu, nawet w przypadku partii radykalnie przeciwnych przyjmowaniu uchodźców. Wszyscy przekonali się, że jest to odpowiedź na dwie potrzeby: solidarności i bezpieczeństwa. Pierwszą grupę uchodźców witał na lotnisku ówczesny minister spraw zagranicznych, a dziś premier Włoch Paolo Gentiloni. Wydaje mi się też, że rządzący utwierdzili się w tym, że decyzja była słuszna, gdy papież Franciszek w kwietniu ub. roku z greckiej wyspy Lesbos zabrał do Watykanu trzy rodziny z sześciorgiem dzieci.