logo

Do Polski przyleciał właśnie Papież, który budzi duże emocje. Także dlatego, że nazywa rzeczy po imieniu, na dodatek nazywa po imieniu rzeczy w obszarach dla nas trudnych, bo wiążących się na przykład z naszymi portfelami. Nie ma oporów przed dobitnym mówieniem o współczesnych niegodziwych praktykach i niesprawiedliwych systemach społeczno-ekonomicznych. Zabiera głos tak donośnie, że niektórzy z łatwością go szufladkują jako papieża lewicy, papieża-socjalistę. Jeszcze inni widzą w nim papieża liberała. Szufladkowanie papieża i nauczania społecznego Kościoła jest na tyle ważne, że warto poświęcić mu odrębny komentarz. Tytułem wstępu napiszę tylko, że tego papieża nie da się zaszufladkować. Oczywiście, gdziekolwiek jest, świadczy przede wszystkim o Chrystusie, o Bożym Miłosierdziu, o Kościele, który musi być szpitalem polowym i każdego ratować w potrzebie. Do Polski, na spotkanie z młodymi z całego świata, przyjedzie także po to, żeby umocnić ich w wierze. I pomóc im odnaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytania.

Zadaniem katolika nie jest odrzucanie świata, w którym szerzy  się zło i niesprawiedliwość społeczna. Zadaniem katolika jest podejmowanie wszelkich możliwych prób zmieniania tego świata na lepsze. Nasze pokolenie wie to od co najmniej czasów Soboru Watykańskiego II. Branie odpowiedzialności za otaczającą nas rzeczywistość społeczną jest dla nas wymogiem i konsekwencją naszej  wiary. Mało tego, bierność i odrzucenie świata, takiego jakim jest, grozi nawet wejściem w grzech – mówi konstytucja soborowa „Gaudium et spes”. Każde młode pokolenie doświadcza konkretnych problemów, z którymi musi się zmierzyć. To także problemy rynku pracy, braku pracy, ubóstwa, przestępczości, ogromnych różnic w szansach na rozwój.

Światowy kryzys zaufania

Idąc tropem mocnego głosu Papieża Franciszka w sprawach społecznych i ekonomicznych, nie można pominąć adhortacji apostolskiej „Evangelii Gaudium”, której znaczenie i istotę sam papież podkreśla w wielu wywiadach. To właśnie po tej adhortacji  został okrzyknięty „papieżem lewicy”, do czego – jak już zapowiadałem – jeszcze wrócę. Pisze w niej o dominującym  w  świecie paradygmacie ekonomicznym, który przez ekspertów nazywany jest „porządkiem neoliberalnym”, ufundowanym na tzw. konsensusie waszyngtońskim, czyli kanonie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Opiera się on na kilku filarach, w tym między innymi na: utrzymywaniu dyscypliny finansowej, prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, deregulacji rynków, liberalizacji, likwidowaniu barier dla inwestycji zagranicznych, etc.  Polityce tej towarzyszy tak zwana teoria skapywania (trickle-down economics), która przekonuje, że rozwiązania ekonomiczne powinny sprzyjać pomnażaniu majątku bogatych, gdyż ich bogactwa na zasadzie „skapywania” redystrybuowane są w części do mniej zamożnych grup społecznych. Współcześnie podejście to poddawane jest mocnej krytyce, nawet przez ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Główny zarzut to pogłębianie nierówności społecznych. Z różnych miejsc słyszymy dzisiaj o tym, że 80 proc. bogactwa posiada grupa ludzi mieszcząca się w jednym autobusie, że 62 osoby w świecie posiadają tyle bogactwa, co 3,5 mld ludzi, że od 1990 roku pensje szefów firm wzrosły o 300 proc, a pensja przeciętnego pracownika o 4 proc.,  że w USA w 1980 roku prezesi zarabiali 42 razy więcej niż ich pracownicy, a obecnie jest to nawet 373 razy więcej, i tak dalej, i tak dalej. Krytyczne głosy nasiliły się w obliczu kryzysu finansowego 2008 roku, którego symbolem stał się upadek banku Lehman Brothers i ponad 700 mld dolarów wpompowanych przez amerykański rząd w ratowanie instytucji finansowych. Obserwowaliśmy też wypłacanie dziesiątek, jeśli nie setek milionów dolarów odpraw dla odchodzących szefów banków inwestycyjnych. Podczas gdy na  zmniejszenie skali problemu ich klientów przeznaczono zaledwie niewielką część pozyskanych od rządu środków. Chciwość okazała się tak duża, że świat oferowanych instrumentów finansowych oderwał się od realnej wartości  nieruchomości i produktów leżących u ich podłoża. Wielu noblistów zabrało w tej sprawie głos; nie tylko ekonomistów. Na przykład Richard Wilkinson, epidemiolog społeczny, dowodził, że kraje i społeczności, w których występują wyraźne i utrwalone nierówności są społecznie znacznie trudniejsze do funkcjonowania. Życie jest krótsze i gorszej jakości, znacznie więcej występuje w nich negatywnych emocji, przemocy i wskaźników przestępczości. Przewartościowaniu podlega również podejście do tej problematyki w Polsce. Wystarczy wspomnieć tytuł książki mentora polskich liberałów, prof. Marcina Króla – „Byliśmy głupi” – o zbyt małym liczeniu się z kosztami społecznymi niezbędnych w Polsce reform lat 90. Wystarczy posłuchać wniosków Kongresów Obywatelskich organizowanych przez dr. Jana Szomburga albo prześledzić zmianę podejścia do tego tematu wielu ośrodków eksperckich uznawanych dotąd za dogmatycznie liberalne, choć – jak zawsze i nie tylko w kwestii ekonomii – używanie „izmów” nie pomaga w szukaniu rozwiązań.

Cztery razy „nie”

Przypominam o tym, żeby pokazać, że Papież Franciszek, który odnosi się do rzeczywistych praktyk gospodarczych, nie jest pierwszym i jedynym, ale wpisuje się w ważną światową debatę, która toczy się od lat.  Swoją drogą, mocnej krytyki zasygnalizowanych powyżej praktyk dokonał już Benedykt XVI, pisząc encyklikę „Caritas in veritate” o integralnym rozwoju ludzkim w miłości i prawdzie. Wróćmy do papieża Franciszkai jego adhortacji:

„Podobnie jak przykazanie „nie zabijaj” stawia jasną granicę, by chronić wartość życia ludzkiego, tak dzisiaj musimy powiedzieć  „nie” dla ekonomii wykluczenia i nierówności społecznych. Ta ekonomia zabija. Nie może tak być, że z wyziębienia umiera starzec zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punkty. To jest wykluczenie. […] Daliśmy początek kulturze wykluczenia. […] Wykluczeni nie są „wyzyskiwani”, ale są odrzuceni. Są „niepotrzebnymi resztkami”.” (p. 53). Papież mówi też o zwiększającej swoją moc „globalizacji obojętności”, znieczuloną dobrobytem jednych kosztem drugich. „Niektórzy bronią jeszcze teorii skapywania, zakładającej, że każdy wzrost ekonomiczny, któremu sprzyja wolny rynek, jest zdolny sam w sobie tworzyć większą sprawiedliwość i uczestnictwo społeczne w świecie. Opinia ta, nigdy niepotwierdzona przez fakty, wyraża prostoduszną i naiwną ufność w dobroć tych, którzy mają władzę ekonomiczną i uświęcone mechanizmy panującego nam systemu ekonomicznego. Tymczasem wykluczeni nadal czekają.” (p. 54). Papież piętnuje praktyki gospodarcze, które mają  na celu niszczenie słabszych konkurentów, egoistyczne unikanie płacenia podatków, ale także handel ludźmi, zatrudnianie dzieci i nielegalnych pracowników, opłacanych skandalicznie nisko.

Papież poddaje krytyce także wiele zachowań samych konsumentów. Sygnalizuje zjawisko konsumpcjonizmu, uzależnienie od ciągłego kupowania nowości, wywołujące niepokój i znieczulające na drugiego człowieka.  Prof. Aniela Dylus, ekonomistka UKSW od lat zajmująca się nauką społeczną Kościoła zauważa, że charakterystyka zabójczych praktyk ujęta została przez papieża Franciszka w formule „cztery razy nie”: „Nie” dla ekonomii wykluczenia, „nie” dla nowego bałwochwalstwa pieniądza, „nie” dla pieniądza, który rządzi zamiast służyć, „nie” dla nierównowagi społecznej rodzącej przemoc.

Zasady nauki Kościoła

Papież na swój sposób sprzeciwia się traktowaniu człowieka jako homo oeconomicus. Koncepcja ta odrzucona przez większą część świata ekonomicznego, traktuje człowieka jako istotę idealnie racjonalną. W papieskim nauczaniu podejście to jest traktowane jako redukcjonistyczne. Nie może być zgody Kościoła na sprowadzanie człowieka do istoty, dla której kluczowe są prawa ekonomii. W tej kwestii Franciszek kontynuuje nauczanie Kościoła wyrażane w dokumentach społecznych od 1891 i encyklice „Rerum novarum”. Także dlatego dziwi mnie oburzenie jednych i nadmierna radość drugich, którzy twierdzą, że papież „nareszcie” stanął po jednej ze stron sporu ideologicznego. Przypomnę, że nauczanie społeczne Kościoła opiera się na kilku zasadach, przez pryzmat których analizuje się sytuację społeczno-ekonomiczną poszczególnych krajów, regionów i świata. Są to zasady: dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr (prywatne w posiadaniu, powszechne w przeznaczeniu), zasada pomocniczości (istota samorządności – jeżeli wyzwanie może być podjęte przez społeczność niższego poziomu, to państwo nie powinno przejmować tych kompetencji), zasada solidarności i uczestnictwa (podmiotowość ludzi przez uczestnictwo w podejmowaniu decyzji, zarządzaniu przedsiębiorstwami i rządzeniu państwami). To samo głoszą wszyscy papieże od Leona XIII, autora wspomnianej już pierwszej encykliki społecznej, przez Jana Pawła II, Benedykta XVI do Franciszka.  Dla ostudzenia emocji, przypomnę, co o specyfice nauczania społecznego pisał Jan Paweł II w przełomowej encyklice „Centesimus annus”: „Kościół nie proponuje żadnych modeli. Realne i naprawdę skuteczne modele mogą się zrodzić jedynie w ramach różnych historycznych sytuacji, dzięki wysiłkowi tych wszystkich, którzy w sposób odpowiedzialny podejmują konkretne problemy we wszystkich ich aspektach społecznych, gospodarczych, politycznych i kulturalnych zazębiających się ze sobą. Temu wysiłkowi Kościół ofiarowuje, jako niezbędną ideę przewodnią swoją naukę społeczną, która – jak już zostało powiedziane – uznaje pozytywny charakter rynku i przedsiębiorstwa, ale jednocześnie wskazuje, że muszą być one nastawione na dobro wspólne”. (p. 43) To powinno wystarczyć. Nie wystarcza wielu.

Nauczanie Kościoła może i wręcz powinno inspirować. Nie może być jednak traktowane jak plan działań gotowy do wdrożenia. Tym bardziej nie może być traktowane jak kolejna ideologia, lewicowa, czy prawicowa. Na koniec, ponieważ właśnie zaczynamy Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, chciałem przywołać słowa słynnego krakowskiego kameduły, o. Piotr Rostworowskiego, które przy naszym temacie są jeszcze jedną chrześcijańską krytyką redukowania człowieka do wymiaru ekonomicznego. „Na co stawiasz człowieku […] A tymczasem nasza cywilizacja chrześcijańska wydała taką koncepcję życia, które się dzieli na przygotowanie do zawodu, potem zawód, a potem emerytura. Wiek przedprodukcyjny, produkcyjny i poprodukcyjny. I taka mentalność i taki sposób myślenia jest w naszych chrześcijańskich głowach”.

Z pewnością papież Franciszek w mieście  o. Rostworowskiego w swój jedyny i niepowtarzalny sposób zapyta młodych z całego świata: „Na co stawiasz człowieku?”.

Konrad Ciesiołkiewicz – wraz z żoną, Brygidą Grysiak, jest ambasadorem ŚDM w Krakowie; zawodowo zarządza obszarem społecznej odpowiedzialności biznesu w jednej z międzynarodowych korporacji w Polsce

 

tekst ukazał się na portalu wydawnictwa ZNAK – Stacja7